Miałem napisać coś bardzo mądrego. Tak mi jakoś chodziło po głowie. Ba, napisałem coś bardzo mądrego i już z właściwą okolicznościową dumą byłem gotów kliknąć Opublikuj…, kiedy ni z tego ni z owego, samo z siebie – tknęło mnie. Przeczytałem całość od początku do końca i… i doszedłem do przykrego wniosku, że wcale nie jest to takie bardzo mądre. Odetchnąłem. Wzbierającą w gardle gorycz skropiłem łykiem herbaty. Przeczytałem raz jeszcze. Nie, to zdecydowanie nie jest mądre, a nawet – nie bez trudu zdobywam się na to wyznanie – wydaje się całkiem głupie… Głupie? Toż to największy idiotyzm, jaki kiedykolwiek wyszedł spod mojego pióra! I ten styl: usilny, nadęty, ociężały… Ja tak nie piszę! To nie ja! Samo się jakoś…  podrzucili – wrogowie! Wykasowałem. Notatki porwałem na strzępki, a każdy z nich po jednym wrzucałem do sedesu. Potem spuściłem wodę; wypłynęły dwa czy trzy, ale nie miało to już znaczenia.

Nie pozostaje mi nic innego, jak zanucić sobie pod nosem ten dynamiczny fragment z V symfonii Czajkowskiego – dla wzmożenia ducha i wytrwałości: pum-pum, pum-pum-pum, pum-pum-pum-pum-pum-pum itd. Bo jutro też spróbuję napisać coś (bardzo) mądrego. Od nowa, jeszcze raz – i zupełnie inaczej.

(Zapis graficzny losowo wybranych procesów myślowych niezbędnych do napisania czegoś bardzo mądrego).