Wizyty w przybytkach sztuki wiążą się nieodzownie ze stresem nieodpartej potrzeby uwiecznienia własnej naoczności w formacie cyfrowym i jeszcze obwieszczenia jej wszem i wobec w internetowych tu i tam. Bez mała powszechne uzależnienie od szybkiej gratyfikacji sprawia, że nikomu już nie wystarcza zatracenie się w gąszczu dzieł, z których każde domaga się uwagi i na ogół nie dostaje jej tyle, ile mu się w jego własnym mniemaniu należy. Odbębniwszy więc obowiązek podziwiania lub kontestowania płócien, rzeźb i grafik, bierzemy się za ich fotografowanie, żeby wkrótce wykrzyczeć całemu światu: „Byłem, widziałem, napatrzyłem się, prawie dotknąłem.”

Oto odbiorca sztuki, który potrzebował mniej więcej tyle, ile trwa połowa słynnego „utworu” Johna Cage’a (tego, o którym wszyscy wiedzą że jest, lecz nikt nigdy go nie słyszał), by obfotografować ze wszystkich stron ten znany surrealistyczny obraz.